Przypomniało mi się oczywiście w najmniej dogodnym momencie, bo na miesiąc przed poprawianiem matury, na co mi to wszystko - nie wiem. Rok długi nic nie robiłam, kiedy wreszcie spięłam dupsko zebrało mi się na napisanie czegokolwiek, blogspotowe rekolekcje, przede mną porównanie kolenchymy i sklerenchymy a ja myślę sobie, dlaczego nie zostałam fryzjerką? Dlaczego moją jedyną ambicją życiową nie jest posiadanie męża i gromadki dzieci. Plus idealnego uczesania na niedzielną mszę. Ambicje mam wielkie, przeogromne, ale brak mi sił na realizację czegokolwiek, brak mi czegoś, co wykopałoby mnie z łóżka o 7 rano i kazało cokolwiek z sobą zrobić. Nie ma, siedzę w piżamce z nieumytymi włosami, bo po co? (Z resztą dzisiaj lany poniedziałek, więc nie wyściubiam nosa za drzwi.) Sączę kawę. Kręcę włosy na palcu, a później dziwię się dlaczego się tak cholernie łamią. Czuję, jak podnosi mi się ciśnienie przez rodzinne pogawędki, wiadomo jak to przy stole rodzinnym - każdy gada o czymś innym. Chemia leży odłogiem, o fizyce nie wspomnę, ja coraz bardziej wściekła sama na siebie, że nic nie robiłam cały rok też leżę, zaraz zacznę skowyczeć, a rozumie mnie tylko kot. I kawa. I żelki.
If only I had an enemy bigger than my apathy I could have won





